pokój skarbów


Uwielbiam pokoje dzieci, szczególnie te z bałaganem artystycznym, kupkami zabawek przekładanymi z kąta w kąt. Krzesła, które pełnią rolę wieszaków czy szaf, skrzynie skarbów, pudła czy pufy, w których same cudowności się kryją. Ciekawią mnie szuflady pełne drobnostek, papilotów i rzeczy tak cennych, że szkoda wyrzucić. Niepozorny nieporządek, w którym dziecko zawsze znajduje wszystko co potrzebuje, taki świat magiczny, na który składają się kamienie, kasztany i sreberka po czekoladzie. Muszla z pierwszych wakacji nad morzem, urodzinowy zając od babci, pamiętnik zamykany na klucz. Wszystko tak cenne, tak kochane, bo od mamy i wszystko tak bliskie, tak swoje, że konieczne do życia.

Uwielbiam pokoje z duszą dziecka, nie te wystylizowane przez projektantów, z najmodniejszymi meblami, tapetami i zasłonami pod kolor pasujący do tęczówki oka, nie te z katalogu na topie, odmierzone od linii, wyważone do grosza, kupione na kredyt. Lubię pokoje, gdzie pachnie gumą balonową przyklejoną do stołu, gdzie zamiast metra, wzrost odmierza futryna drzwi, gdzie pod łóżkiem nie tylko potwory, ale i sanki czekające na śnieg. Takie, które skrywają pod poduchą najskrytsze sekrety dziecięcego świata a spod dywanu wychodzą delikatne smugi dziecięcych marzeń.

Pokoje, gdzie więcej serca niż szpanu, gdzie wygoda ważniejsza niż design, gdzie więcej dziecka niż dorosłego.









nauka latania


Rzadko tutaj wylewam mój zachwyt nad postępami Sary i jakoś niespecjalnie mnie ruszają wyścigi umiejętnościowie jej rówieśników i nie mam parcia, aby była we wszystkim najlepsza i najpierwsza. Dla mnie i tak zawsze będzie naj, jak każde inne dziecko dla swoich rodziców. A ona i tak szuka tylko mojego poklasku, mojej aprobaty i zachwytu. Tylko moje zdanie i brawo brawo ma dla niej znaczenie. Na innych nie zwraca uwagi, obraca się na pięcie i odchodzi.

A chodzi od dziesięciu dniu. Patrzę na nią i szepczę pod nosem no dalej, dopinguję jej każdy krok, udaję, że nie bolą mnie jej upadki, czekam aż wróci.

Uciekanie przed nami za drzewo, wbieganie w ramiona na powitanie, tupnięcia w złości i nerwach, kroki na palcach, aby nie zbudzić nikogo wracając zbyt późno do domu. Chodzenie po piasku, po linie, po rozżarzonych węglach, tańczenie w deszczu, na trawie, na scenie, skakanie w klasy, do wody, na bungee, bieganie po złoto, do mety, za szczęściem.

Oby nigdy pod górkę i zawsze z biletem powrotnym do domu.

dlaczego arbuz?


Musi być dojrzały, mocno czerwony i koniecznie zimny. Najlepszy w czystej postaci, bez dodatków, nie zakrapiany alkoholem czy bitą śmietaną. Bez sąsiedztwa innych owoców, nie przerobiony na szejk czy lody, taki prosto z krzaka chciałoby się powiedzieć. Musi być duży, bo mały tylko zaostrza apetyt i kończy się za szybko. Soczysty tak bardzo, że cieknie po brodzie, po rękach, aż do łokci. Zaspokaja pragnienie lepiej niż woda, syci bardziej niż jakakolwiek zachcianka. Najlepszy w dobrym towarzystwie, na trawie w upalny dzień.

Nie pamiętam kiedy zjadłam swojego pierwszego arbuza, ale pamięta, że mój ostatni był wczoraj.











kończy się dzień


Nigdy nie lubiłam różowego koloru, ale teraz gdy tak patrzę na to pranie za oknem, to myślę, że ten róż, to dużo więcej niż kolor. To takie marzenia o małej dziewczynce ze wstążką we włosach, sandałach z rzemyka i mleczem w ręce. To ta słodka wata cukrowa jedzona raz do roku, w dzień wszystkich świętych i latawce puszczane na łące za stodołą dziadka. To kolana obdarte, łokcie brudne, włosy rozwiane przez wiatr. Patrzę na te spodenki, które z każdym dniem kurczą się z prędkością światła, na te rękawy, które jeszcze wczoraj podwijałam, by nie moczyła ich w zupie. Ceruję dziury w skarpetce, przyszywam guzik co odpadł i naiwnie wierzę, że tak zatrzymam czas.

Kończy się dzień, zbieram pranie z ogrodu, pachnie trawą i słońcem. Jeszcze tylko zmyję twarz i podłogę, usiądę, odpocznę. Może sen przyjdzie, może mnie odwiedzisz...

po lecie


No i zaczęła się pora deszczowa. I na nic przywoływanie lata, zakupy letnich butów i sukienek, na nic letnie promocje koszulek na ramiączkach, słoneczna opalenizna i lody w zamrażarce. Siedzimy w domu, dostajemy świra i tylko sąsiadki wariatki ratują mnie od popełnienia autodestrukcji. No więc wędrujemy od domu do domu, od kawki do herbatki i czekamy na słońce. Pani w tv ciągle powtarza, że to już niedługo, że jeszcze tylko burze i wiatry przejdą i znów będzie lato.

Nie wiem jak to działa, ale moje dziecko jest idealnym gościem, nigdy na wychodnym nie marudzi, zawsze bawi się z zacięciem nie swoimi rzeczami, kocha inne dzieci, nawet takie co tłuką ją po głowie i zabierają zabawki (tak tak Madziu pozdrowienia dla Antka!). Nigdy nie płacze za mną, nie marudzi, także można nas zapraszać bez obaw, że spustoszymy komuś mieszkanie. Gorzej zaczyna się po powrocie do domu, kiedy to moja cudowna córka zmienia się w wyjca i przylepę i nic nie mogę zrobić. Czy Wy też tak macie?

Poza tym Sara to całkiem zabawna osoba. Od jakiegoś czasu powtarza dibu dibu dibu da. A dopiero wczoraj, my przygłupi rodzice, zorientowaliśmy się o co chodzi.

Wieczór, pora spania. Paul tuli to nasze dziecko do piersi, buja i śpiewa na dobranoc:
- scooby dooby doo, where are you?
- dibu dibu da- podśpiewuje wraz z nim Sara.

I takie to nowości u nas, poza tym niech już wróci ładna pogoda i huśtawka i zabawy z tatą na dworze!


moje teraz


Znam ludzi, którzy nie pamiętają swojego życia. Twarze dobrze im znane, pewnego dnia wymazał z pamięci czas, imiona wyleciały z głowy a daty przestały mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie. Patrząc na swoje obicie w lustrze widzą obcą im osobę, obrączka na palcu nie przywołuje dreszczy na plecach, blizna na ciele nie boli. Znam takich, którym choroba odebrała wszystko to, co czyni nas ludźmi, co sprawia, że wspomnienia są naszą siłą, doświadczenia podporą a każde wczoraj buduje nasze jutro.

Nie chcę pewnego dnia zapomnieć zapachu umytych włosów, smaku niedojrzałych truskawek latem czy śmiechu mojego dziecka. Nie chcę patrzeć na kalendarz zapisany moim pismem i zastanawiać się czy to na pewno ja pisałam. Nie chcę zapomnieć o tych magicznych drobnostkach, które tworzą mój świat. Robię więc zdjęcia namiętnie, lali z włosami z białej wełny, kamieniom w malutkich rękach, szprychom w różowym rowerze, mokrej stopie na dywanie. Te szczegóły tworzą mój dzisiejszy świat, mój mały raj na ziemi. Moje teraz.

Potem chowam te zdjęcia w pudle po butach, skrzyni na kłódkę zamkniętej, łapczywie, na zawsze i nie otwieram, nie podglądam, żeby ich magiczna moc nie uleciała z przeciągiem jutra.