Polska


Już ponad miesiąc, a ja wciąż zbieram słowa, którymi opisać wakacje w Polsce.

Jakoś pewnego dnia to miejsce przestało być mi potrzebne i tak ważne jak było do tej pory. Dzielenie się tutaj, tym co mi na duszy, staje się coraz trudniejsze i nie wiem do końca jaki jest tego powód. Coraz częściej myślę o zakończeniu blogowania, w ten sposób jaki to teraz czynię. Zobaczymy co pokaże czas.

Już ponad miesiąc od porannych spacerów po ciepłe bułki, zabawy w piaskownicy z babcią i dziadkiem, przebojów nocnych z nieswoim łóżku. Dziś upał niemiłosierny, a ja spoglądam na zdjęcia z Polski i ciężko mi uwierzyć, że Sara biega na nich w bluzie i rajtuzach. Przeżyłyśmy płaczący lot samolotem, komunię, chrzest, spotkanie z królikami i kozami, panią doktor co dawała naklejki i zdarte kolana do krwi. Polska smakowała pysznie, pachniała mleczami i kiełbasą z grila. Dwa tygodnie jak z bicza strzelił.

Trochę zdjęć mam, którymi się podzielę, a co tam.



















8 sposobów na to, jak oswoić emigrację

Od 7 lat żyję w Anglii i chociaż wciąż mi się wydaję, że przyjechłam tu dopiero wczoraj, to dziś myślę o tym miejscu jak o domu. Początki były ciężkie, taka obca i samotna nie byłam nigdy wcześniej. Wszystkiego uczyłam sie od nowa, nowe miejsca i nowe wyzwania zasypywały mi głowę. Ale kilka drobnych rzeczy ułatwiło mi oswoić to moje nowe życie. Może i Tobie się przyda.


Poniżej moja lista MUST HAVE na emigracji:

1. Zdjęcia- na ścaniach, na biurku, na lodówce. To gdzie one sie znajdą nie ma znaczenia, ważne aby były osobiste, aby każde spojrzenie na nie rozgrzewało od środka. Mogą to być zdjęcia rodziny, która została daleko, kota który czeka w starym domu, zdjęcia ulubionego miejca, ławki w parku, przyjaciela. 

2. Książka kucharska- a właściwie przepisy domowe i smaki z dzieciństwa. Zawsze w kuchni pod ręką, gdy miałam ochotę na domowy obiad. W praktyce często wyglądało tak, że dzwoniłam do domu, do mamy z pytaniem a jak się to robi? Zresztą do dziś zdarza mi się wymieniać przepisy przez internet.

3. Muzyka- dla mnie to płyty Bartosiewicz, Kowalskiej, Universe, Hej, ONA. Muzyka, która zawsze kojarzy się z czasem, gdy było się nastolatkiem, zamkniętym w swoim pokoju, z okresem bunty, dorastania. Muzyka, która gdy wypełni mieszkanie, zmusza do uśmiechu i skakania ze szczęścia. 

4. Ulubiony sklep- po przyjeździe do Anglii długo nie umiałam odnaleźć się w smakach tutejszej kuchni. Dlatego pobliski sklep z polskimi towarami ratował moje kubki smakowe. Początkowo kupowałam tam też polskie leki i inne mi znane produkty. Tylko tam mogłam kupić polski twaróg, chleb polski, kawe inkę czy kabanosy. Sklep to też pani sprzedawczyni, która znała wszystkie plotki z kraju i chętnie sie z nimi dzieliła, ale to też kontakt z innymi Polakami. 

5. Polska prasa- i szeroko pojęty kontakt z pisanym językiem polskim. Ulubiony kryminał po polsku, czy tomik wierszy w ojczystym języku umilał mi wielokrotnie wieczorny samotny czas. W pierwszych latach pobytu w Anglii kupiłam więcej polskich książek niż w całym moim życiu. Z księgarni internetwej wykupiłam chyba wszystkie kryminały, a w moim domu na ścianie zawisła specjalna półka z polską literaturą.

6. Internet- połączenie ze światem, czy to za pomocą skype, czy zwykłej komórki. Przydatny gps i inne programy internetowe, które nie raz ratowały mi życie, poprzez natychmiastowy kontakt czy wyszukanie informacji.

7. Tubylec- czyli ktoś kto zna wszystkie banki, dentystę, bibliotekę w obcym miejscu. To ktoś wie, jak dojechać w pięć minut na pogotowie, gdzie ubezpieczyć mieszkanie i naprawić samochód za pół ceny. To w moim przypadku, ktoś, kto pomagał przy tłumaczeniu dokumentów i pomagał w rozumieniu niezrozumiałego. 

8. Przyjaciel- na końcu, ale tak na prawdę zawsze pierwszy.  Bez niego ani w w kraju, ani na emigracji nie da sie żyć. Niezbędny zawsze i wszędzie. Jedyny, mój, Przyjaciel! 

A jakie są Wasze listy rzeczy niezbędnych do osiedlenia w nowym miejscu?
Bez czego nie dalibyście rady?

podróż po jeden uśmiech


Jedziemy do Polski. Od tego wiatru, którego mam po końce włosów, który szumi mi w uszach, przewraca życie do góry nogami. Od codziennej rutyny, od obowiązków, od bycia zawsze na czas i pod telefonem. Chciałabym napisać, że jadę do domu, ale już ani meldunku, ani siebie sprzed lat tam nie znajdę. Więc lecimy do ludzi, którzy się doczekać nie mogą. Po uśmiech.

Pakujemy torby i mówię do tej mojej dla kogo wieziemy te wszystkie pudła i paczki, a ta krzywi buzię i poprawia mnie słusznie: Sara, Sara! Więc dla niej też coś pakuję, aby nie czuła się pominięta. Pytam jej co jeszcze mamy zapakować, a ta ciągnie za sobą największą maskotkę, jaką mamy w domu, buty Paula i widelec znaleziony pod sofą.

Jak zwykle torby za małe, kilogramy zbyt ciężkie, lista rzeczy, które muszę spakować wciąż rośnie. Bilety wydrukowane, paszporty schowane, jeszcze tylko szczotka, krople do oczu i paczka chusteczek. Jeszcze tylko usiąść na krzesle przed wyjściem z domu.

A za oknem chmury czarne, pewnie będzie padać, deszcz zmusi nas do pośpiechu.
Taka to podróź, po jeden uśmiech.




old fart


SCENA PIERWSZA:
- Juice, mamo juice!- krzyczy do mnie ta moja. Podaję jej więc butelkę, a ta zaczyna sie naprężać miną siłacza, kręci gwintem, więc mówię do niej, że otwarte. Wypija łyka i chodzi po domu dumna, że nauczyła się nowego słowa.
- Otwarte, otfarte, oldfarte- powstarza do znudzenia, pokazując Paulowi soczek.
- I am not an old fart- odpowiada jej Paul udając obrażonego.

KURTYNA

na trawie


Wiosna u nas całego, łapiemy słońce, biedronki w pudełka po zapałkach. Zdejmujemy z siebie grube swetry, kilogramy tłuszczu, ciężar zinnych stóp, przez które nawet w ciepłe noce nie umiem zasnąć. Bardzo czekałam na trawę, na jej zapach po skoszeniu, na jej chłód w upały. Tak poleżeć po prostu, z główą przy ziemi i pozwolić wszystkiemu toczyć się własnym tempem. Nie przyspieszać na siłę terminów spotkań, nie spóźniać się z dotrzymywaniem obetnic, wytrwać w postanowieniach. 

Siedzimy na tej trawie do rana do wieczora, jemy na niej obiad, kolację, rozwiązujemy na niej problemy dnia codziennego, śmiejemy się z siebie, kłócimy i godziny, tupiemy w nią w złości, walczymy o losy świata, przekopując coraz to nowe dziury i doły. Ta moja co trochę przybiega z brudna ręką, aby wytrzeć, z kolejnym siniakiem, aby pocałować, z kolejnym zachwytem by zarazić mnie nim. 

Mamy ten kawałek trawy za oknem, ten kawałek ziemi na świecie.
Wystarczy.






wielkanoc


Od święta do święta płyną nam dni, od jednego stołu do drugiego zasiadamy. Wstałyśmy jak wczoraj, ugotowałam jaja, ta moja uparła się, że ona też będzie farbować. Mogłam się od razu domyśleć, że chodziło jej o wszystko inne niż jajka. Ale dałyśmy radę na czas rozmrozić polską szynkę od dziadka, pofarbować wszystkie jajka i ręce, włożyć do pralki kolorowe ciuchy i ścierki. Tylko okna zostały nieumyte.

A potem szła taka dumna do kościoła ze swoim żółtym filcowym koszykiem, przypominając mi co chwilę, że to nie koszyk tylko abbit, czyli rabbit. Za rękę, ciągnąc mnie za sobą jakbyśmy miały się spóźnić.

Życzę sobie na te święta więcej nocy przespanych, dni dłuższych, mniej obowiązków i tych samych ludzi obok co zawsze, bez wyjątku.

A Wam, którzy tu zaglądacie od czasu do czasu, przypadkiem i zawsze życzę spokoju i ludzkiego szczęścia! Wszystkiego dobrego kochani!