głupoty


Znałam kiedyś taką jedną, z którą skakałam przez rzeczkę za szkołą z czerwonej cegły, z którą wybierałam zawsze najdłuższą drogę do domu, z którą upadki i zdarte kolana. Taka przyjaźń, w którą się wrasta latami, w której głupoty tylko w głowie i brak strachu pozwalał na odkrywanie świata. Taka przyjaźń, która wybacza i rozumie bez słowa, która rozśmiesza do łez i wyciera te łzy rękawem. Później jakiś zły wiatr nas rozwiał w życia dorosłe, w których ja mama i ona mama i ocean głęboki pomiędzy.

Nidy potem nie dano mi takiej przyjaźni, bo co to za przyjaźń, co o głupoty się obraża, która nie przyjmuje przeprosin, wyjaśnień, która zatrzaskuje drzwi milczeniem, buduje mur odwróconych oczu, półuśmiechu z grzeczności. Nie wiem co zrobię, gdy wrócę do siebie, w pustce pokoju, bez świateł bijących po oczach, usiądę pewnie na chwilę w kącie jak zbity pies, ale po nocy wstanę silniejsza i sama wytrę ostatnią łzę rękawem.

Nie wiem dlaczego myślę o tym wszystkim, przecież to tylko głupoty.

to wszystko minie


Jest chyba ranek, dokładnie nie wiem, bo za oknem ciemno, pokój nadal zimny, drzwi zamknięte, ale słyszę, że dziewczynki biegają do góry, więc pewnie już ranek, pora wstać, skoro i one już wstały. Nie pamiętam, o której zasnęła ta moja, gdzieś około trzeciej straciłam rachubę, skończyłam zerkać na zegarek z nadzieją, przestałam ją odkładać, poddałam się i zasnęła mi w ramionach. To musi być ranek, bo na górze już pranie się robi, więc zaraz i ja wstanę i też swoje wstawię. Może ktoś kawę zaparzy, trąci mnie mocniej, przebudzi.

O bezsenności wiem więcej niż bym chciała, znam każdą powolną minutę na zegarze i nie wiem co gorsze, ta cisza w samotność się zmieniająca, czy powieki cięższe niż wyrzuty sumienia. W nocy słychać wyraźnie każdy krok na palcach, każdy oddech zmęczenia, każdą myśl niczym dzwon. Marzenia stają się namiastką snu, a poranek wybawieniem. Bo można rozpocząć wszystko od nowa, nowy dzień zacząć po ludzku. Ubrać różowy sweter, wyjść z domu, nazbierać jesiennych liści, pogrzebać patykiem w błocie.

Mówią mi, że to minie, że pewnego dnia, zanim się obejrzę wyrośnie z tego, że zacznie sypiać jak człowiek.
Mówią, że to minie, jak wszystko...


szejkowanie na śniadanie


Czasami mi się chce. Nie często, ale jak już mi się zachce, to na całego. 
A to za sprawą Szczeslivej i jej projektu #projektśniadanie, do którego serdecznie zapraszam. Nie trzeba wiele, wystarczy zrobić rano zdjęcie własnego śniadania i podzielić się nim na Instagramie lub FB. Na moje śniadania i nie tylko, można zerkać TUTAJ.

Skąd pomysł na szejki na śniadania?
Wiele lat temu natrafiłam w internetowym świecie na Ewelinę, która swojego czasu prowadziła bloga SurowaDieta. I to właśnie ona zafascynowała mnie całą ideą jedzenia surowych posiłków i to dzięki jej wskazówkom i przeogromnej wiedzy, pokochałam zielone szejki. Nie tylko za ich smak i różnorodność, ale też za całe dobro jakie ze sobą niosą. I tak początkowo znienawidzona pietruszka, szpinak czy jarmuż stał się u mnie podstawą jadłospisu.

Jak szejkować?
Jak kto woli, do woli!

Ja najbardziej lubię proste kombinację, szejki zrobione z kilku składników. Nie przepadam za tymi, których lista składników jest ogromna, ponieważ one bardzo obciążają żołądek i mogą być ciężkostrawne i bardzo kaloryczne. Wole wypić dwa różne szejki czy soki w ciągu dnia, niż jeden zrobiony z wszystkiego co mam w lodówce. Wolę szejki gęste, nawet takie które można jeść łyżeczką, te bez jogurtu i zrobione ze świeżych owoców i warzyw. Unikam mrożonek jeśli tylko mogę. Zwykle szejki są moim pierwszym posiłkiem w ciągu dnia.

Kilka moich ulubionych mieszanek:
1. banan+ mano+ szpinak
2. banan+ jabłko+ pietrucha
3. banan+ jabłko+ gruszka+ +jarmuż
4. banan+ awokado+ daktyle+ imbir
6. jabłko+ marchewka+ burak+ imbir
7. szpinak+ banan+ pomarańcza+ siemię lniane
8. banan+ jagody+ midały
9. jabłko+ mięta+ daktyle

A który jest twój ulubiony??

green shake












beze mnie


Taki dzień jak dzisiaj, siódma rano, pakuję śniadanie do torby, dopijam w biegu herbatę, zakładam skórzane botki, wychodzę do pracy. Zostawiam listę na stole, instrukcję obsługi mojego dziecka. Kiedy zamykam za sobą drzwi czuję ścisk w gardle, ale puszczam klamkę, odwracam wzrok, aby zobaczyć czy mi macha na pożegnanie. A ta macha przez krótką chwilę, a później chowa się w ramionach dziadka, coś mu mówi do ucha, nie słyszę, znika w głębi pokoju, zapomina.

I taki obraz mam w głowie przez kolejnych sześć godzin. I ten ścisk gardła przekłada się na ścisk telefonu w ręce. Dojadam śniadanie, dopijam herbatę, patrzę na zegar, wychodzę z pracy. W korku stoję godzinę, spocona, stęskniona, aż w końcu wracam do domu. Wchodzę na ogród i widzę ją siedzącą na trawie, grzebiącą rączką w konewce. Jeszcze mnie nie widzi, nie słyszy. Jeszcze przez chwilę radzi sobie sama, nie płacze, nie marudzi, słucha się babci. Jeszcze przez chwilę czeka, może tęskni...

Pierwszy raz bez mamy i taty.



dlaczego nie Londyn?


Pytacie mnie co warto zobaczyć w Londynie, gdzie warto się wybrać i spędzić czas, niekoniecznie z dzieckiem. I zastanawiam się, co takiego jest w tym mieście, że przyciąga turystów jak lep, że nazywany jest miastem kultowym, że każdy chce mieć zdjęcie z królową. Nie wiem, czy to wynik mnogości kultur, który może w pewnym sensie interesować, czy po prostu klimat londyńskich uliczek, budownictwa czy samych ludzi żyjących tutaj. Może to ta angielska mentalność, pogoda, żart specyficzny, herbata z mlekiem, późny obiad i piwo jabłkowe. Sama nie wiem. A wy wiecie?

Ja też kocham podróżować, zwiedzać ciekawe miejsca, ale nie znoszę miejskiego tłumu, ścisku, pośpiechu i gonitwy za kolejna atrakcją, kolejek po wodę, bilet, tramwaj, nie znoszę wakacji w sezonie, metra śmierdzącego potem, hałasu aut na ulicach, korków, spalin, ludzi pędzących niczym w wyścigu konie. Lubię natomiast miasta po sezonie, małe wioski obrośnięte zielenią, chałupki w stylu wiktoriańskim, ogrody i parki gdzie turystów jak na lekarstwo. Kocham miejsca krzyczące historią, które są w pewien sposób magiczne i które trzeba samemu odkryć, skosztować, aby poczuć ich smak.

Dlatego jeśli pytacie mnie co warto zwiedzić w Anglii polecam Kornwalię. Kilka lat temu się zakochałam w klimacie całego tego hrabstwa. Dzikie wrzosowiska, klify i spokój, to to, co mnie urzekło i odczarowało moją przesadną opinie o brudnej i nudnej Anglii.


St Michael's Mount- maleńka wyspa u wybrzeża Kornwalii, na szczycie której znajduje się zamek otwarty dla turystów. Podczas odpływu można drogę z plaży na wyspę pokonać pieszo. Ze szczytu zamku widoki zapierające dech w piersiach.
zwiedzanie anglii, góra świętego michałą




Eden Project- ogromny ogród botaniczny z milionem gatunków roślin zamknięty pod specjalnymi kopułami przypominające olbrzymie piłeczki golfowe. Największa szklarnia świata, w której można podziwiać naturalny klimat lasu tropikalnego, zobaczyć bananowce, bambusy, kaktusy i inne rośliny z wszystkich kontynentów.
kornwalia, eden projekt, ogród botaniczny w kornwalii





Tintgel Castle- to zamek, a ścisłej ujmując jego szczątki, w którym niegdyś urodził się król Artur. To tutaj żył legendarny czarnoksiężnik Merlin i to tutaj, jak głoszą legendy zasiadali rycerze okrągłego stołu. Miejsce magiczne, przepiękne, z którym ciężko się pożegnać.
merlin, król artur





Mevagissey- mała rybacka wioska, z zatoczką wpływającą do małego portu. Na wodzie statki i łódki, z których można kupić świeżą rybę. Śpiew mew, zapach wody i klimat niespotykany nigdzie indziej. A do tego przyjaźni rybacy, znajomi sklepikarze, stragany wyrobów własnych, cepelia.


Land`s End- najdalej na zachód wysunięty punkt Anglii. To tu znajduje się tak zwany pierwszy i ostatni dom w Anglii. To miejsce gdzie wrzosy pokrywają klify niczym dywany z roślin. Tu znajduje się także schronisko turystyczne, gdzie można zjeść tradycyjne kornwalijskie lody- cornish ice cream czy niedzielny roast dinner.



Zdjęcia pochodzą z naszego wyjazdu do Cornwall kilka lat temu. Dziś myślimy o powrocie tam w trójkę. Kuszą nas inne miejsca, jeszcze przez nas nieodkryte, może ktoś coś nam poleci. Czas pokaże, a wy kochani pamiętajcie, że Anglia to nie tylko Londyn i że czasami warto zapuścić się dalej i głębiej w nieznane zakątki wszechświata. 

powroty


Kiedy dwa lata temu planowałam urlop macierzyński myślałam, że będzie to na chwilę, że w trzy miesiące ogarnę to całe pieluchowanie i przewijanie, że sen dziecka pozwoli mi na przygotowanie lekcji, napisanie konspektu, planu pracy, uzupełnienie dziennika i będę w stanie wrócić do szkoły z pierwszym dzwonkiem. Gdzieś tam słyszałam głosy, że nie dam rady, że chyba przesadzam i że powinnam poczekać z decyzją do narodzin. Ale co, kto? Ja nie dam rady? Ja nie dam? Dam! Dam?...

Ogarniecie samej siebie zajęło mi rok szkolny. A powrót do klasy pełnej dzieci był dla mnie bardziej stresujący niż obrona pracy magisterskiej. Moje wyjściowe spodnie nie dopięły się w pasie, eleganckie bluzki jakby za małe, buty na obcasie ciasnawe. Tylko pudło z książkami, piórem i notatnikiem wciąż takie same. Niezawodne. 

Czułam się tak niepewna siebie jakbym dopiero co zaczynała nauczać, jakbym widziała te dzieci pierwszy raz w życiu i nie wiedziała co im powiedzieć. Czułam się jak ta dziewczynka w białych podkolanówkach, grająca w gumę na przerwie, która jeszcze nie wie, że może skoczyć naprawdę wysoko, jeśli się tylko postara.