inny wymiar


U nas szykowanie się do Świąt. Robimy kartki, piszemu na nich życzenia od serca. Nigdy nie zrozumiem tej dziwacznej angielskiej tradycji wysyłania kartek hurtem, rozdawanie ich wszystkim jak leci, w pracy, szkole, na ulicy. A w środku gotowe sklepowe trzy słowa i podpis na kolanie. Ale tu liczy sie ilość przecież, tak samo jak ilość prezentów pod choinką, a nie gwiazda na jej czubku. Musi być dużo, inaczej to nie Święta. Paul chodzi za mną z pytaniem, czy mamy wystarczająco, czy starczy, a ja mu mówię z uporem maniaka, że ona i tak nie będzie pamiętać, nie zauważy, nie policzy, że brakuje jednego.

Więc oprócz kartek pakuję prezenty, kupiłam piękny srebrny papier, który zostanie porwany na tysiąc radosnych kawałków, który po wszystkim wyrzucę do kosza z całą bolączką świątecznego szału. Zaczynam dostrzegać inny wymiar świąt, ten w którym, to ode mnie zależy jakie one będą. Taki wymiar, w którym to obdarowywanie sprawia najwięcej radości i innych uśmiech bardziej się liczy. Ale też taki wymiar, w którym to opłatek na stole, kolędy w radio i cisza, aby nie zbudzić narodzonego powinny być ważniejsze niż reszta.

Wierzymy w Świętego Mikołaja, mimo, że świat huczy, że karmię kłamstem tą moją, wierzę od stóp po końcówki włosów w staruszka z sercem w worku. I tę wiarę będę podtrzymywać, póki będzie ktoś, kto będzie chciał wierzyć równie mocno jak ja. Nie wiem, czy ta moja kiedyś się na mnie za to obrazi, że oszukałam ją dogłębnie mocno, jeśli tak, to przeproszę ją kiedyś.

Stroimy choinkę, pod którą ona znajdzie malutki pakunek, w srebrny papier owinięty- małe lusterko. Moje wszystko. Spojrzy w nie i zrozumie pewnego dnia, że nic cenniejszego dziś nie mogłam jej dać.







pod słońce


Pomyślałam rano, że trzeba nam wywietrzyć życie, pootwierać okna, drzwi ogrodowe na oścież. Że trzeba głowę wystawić na wiatr, pod kapturem trzymać włosy tańczące, przestać uciekać przed tym słońcem, a stawić jemu czoła. Pomyślałam, że jak już wyjdziemy z tych białych ścian to znów będzie jak kiedyś, że odpocznę, zapomnę, że zawsze mam pod górkę. Przestanę choć na chwilę drwić z ludzi, którzy narzekają, że mają ciężkie życie, nieprzespaną noc, bałagan w pokoju i czekający kosz z praniem.

Więc wychodzimy, ja udaję, że mi ciepło, ona biaga jak szalona, wskazuje swoim palcem na drzwi i mówi dom, to by się zgadzało. Potem ucieka mi w krzaki i pokazuje rączki całe mokre od wody. Wyciera je szybko w spodnie nowe, bo dla niej nie rzeczy się liczą, a coś co dla mojego świata już dawno straciło znaczenie. Potem patrzy na mnie i gdy tylko probuję jej zrobić zdjęcie ucieka prosząco, aby ją gonić. Więc gonię tą moją a ta piszczy i chichra się okropnie. Pewnie myśli, że jestem super, a ja wiem, że mogłabym bardziej.

Jaką bym była, gdyby nie to słońce w oczy?








Londyn


Taki Londyn, w którym bywam dwa razy do roku, w którym nadal słychać muzykę Beatlesów, w którym spotykam ludzi pierwszy raz w życiu i rozmawiam z nimi, tak jakbym znała ich od zawsze. Takie miasto, gdzie rzeka szersza niż ramiona i zegar odmierzający tylko szczęśliwe godziny.

Trzeba wstać wcześnie rano, spakować wodę, bułki maślane i bilet, potem zdążyć na pociąg, samolot, metrem dojechać do celu. Przejść razem trzy mile i trochę, wypić butelkę wina, objeść się do bólu, przepłakać sekrety, zdjęcie na pamiątkę zrobić, zmarznąć jak cholera, by wrocić do domu z uśmiechem na twarzy. 

Myślę sobie, że czasami warto rzucić wszystko w kąt, codzienność zostawić komuś innemu. W taką podróż się wybrać z sama sobą. Bez tej metki żony czy matki, bez tej ciągłej myśli, że coś trzeba, że dom trzeba trzymać w garści, ją trzeba trzymać w ramionach, jego się trzymać blisko. Bez tego liczenia godzin do wieczornej kąpieli, kolejnego ciepłego posiłku. Bez ciągłego odkładania rzeczy na miejsce, czyszczenia małych rączek, czytania książeczek.

Trzeba, bo inaczej można zwariować.










w poszukiwaniu


Myślę, o tym śniegu co spadł dziś w Polsce, o tym szronie na szybach aut, na którym kiedyś rysowałam inicjały. Myślę, o tej górce za blokiem, z której na sankach zjeżdżałam w przemoczonych gaciach. O obitym tyłku na lodzie myślę, o skostniałych palcach od zimna, uszach czerwonych i szczypiących, o szaliku i rękawicach z dzurami na kciukach. O śniegu, na którym kiedyś robiłam anioły. 

A tu nadal słońce budzi nas co rano, tutaj zielone drzewa i tylko chłód przypomina, że zima już blisko. Mówię do Paula, że polubiłby śnieg, że musi się tylko przemóc, że śnieg lepszy jest od deszczu z całą pewnością. Bo można go brać w ręce, obrzucać się nim można i na upartego jeść kulki niczym jabłka. Mówię mu, że taki śnieg by się nam przydał i bałwan w ogrodzie z marchewką i sanki po lodzie sunące i łyżwy sznurowane. Bo jak jest śnieg, to żadna noc nie jest czarna i straszna i nikt się nie gubi przypadkiem, bo po śladach można go znaleźć. 

Więc szukam namiastki tej zimy i siebie szukam sprzed lat.

Dziś odpływ na Tamizie, zimne powietrze pachnie brudną rzeką. Mewy rzucają się na resztki chleba, ostatni statek cumuje w porcie. Pora wrócić do domu, jesienne liście włożyć do książki, schować do szuflady wełniany sweter, wypastować buty, ogrzać stopy, wtulić się w niego. 

W tego anioła, nie ze śniegu, ale z krwi i kości, czekającego tuż obok.







zniszcz mnie, spróbuj!


Niby człowiek pisze tego bloga od roku czy dwóch i niby wie, że te słowa idą w świat, w najdalsze zakątki ludzkiego współczucia, zazdrości i pychy. I niby wiem, że każdy może wziąć do siebie obrażające akapity, przeczytać między wierszami co zechce, nie zgodzić się lub zakpić ze mnie. I niby wiem, że nie wszyscy idą moim tokiem myślenia, że jedni o krok przede mną a część za mną się wlecze. To takie logiczne, kiedy nagle postanawiasz jakiś kawałek internetu wziąć w swoje ręce i zmienić go w swój. A później jeszcze zapraszasz do niego całkiem obce ci twarze. Nie powinno mnie to dziwić, że łatwiej ganić niż chwalić, a mimo to, niezmiennie mnie to porusza.

Kiedy się już tu rozgoszczę na dobre, wyciągnę nogi na swoim, okazuje się, że nie mam prawa myśleć po swojemu, pisać po swojemu, żyć po swojemu. I zawsze znajdzie się ktoś, komu przeszkodzi moja lekkość bytu i mój ciężki but niczym kula u nogi. 

Zniszcz mnie, spróbuj!

Źródło
Jak to się dzieje, że ta złudna anonimowość w internecie wyzwala w ludziach najgorsze strony człowieka? Że bez wstydu, życzymy komuś złamania nogi, utraty pracy, poronienia czy śmierci. Jak to się dzieje, że nie można mieć własnego zdania, własnej drogi się trzymać z przekonania, być sobą po prostu?

Jak to jest, że nie czujesz blokady, przed kolejnym obraźliwym komentarzem, nie włącza ci się lampka przyzwoitości gdy obrzucasz błotem obcą ci osobę. Jak to jest, że twoje wyrachowanie rośnie z każdym enterem na klawiaturze, że w oparach jadu wytaczasz kolejne komentarze, niczym działa bojowe?

Nie jest mi obca blogosfera parentingowa i czytam namiętnie co tam w świecie piszczy i łapię się za głowę, gdy kolejna afera wybucha. To nie ma znaczenia, czy mówimy o karmieniu piersią, rajstopkach, kolczykach w uszach, cesarce, blw, lakierze na paznokciach czy szczepieniach, bo ten temat jakby całkiem umyka. Ważne jest to co możesz przy okazji afery ugrać, pomijając poziom dyskusji. Ważne jest to, że znów możesz się anonimowo wyżyć, wyrzucić swoje frustracje, możesz odreagować nieudane życie, wykrzyczeć swoje przegrane szanse, zaniechane plany, niespełnione marzenia i cały twój ból dupy, na który nie ma lekarstwa. Możesz w końcu udowodnić innym, że masz rację za wszelką cenę i że tylko ty, dupa wołowa wie wszystko, wie i koniec i kropka. Ważniejsze staje się to, że możesz mnie zniszczyć.

Spróbujesz?

dom


Taki ogrom czasu i energii, tylko po to, aby wyrwać się z domu rodzinnego, aby wyjechać, choćby na weekend samemu i tej wolności łykać niczym pelikan. Choćby na tydzień zamieszkać u kumpla pod mostem, spać na podłodze, z książkami pod głową, tylko na noc u dziewczyny ledwo poznanej, kawę rano wypić ze wspólnego kubka. Jak to jest, że tamten dom traktujemy jak noclegownię i przechowalnię rzeczy, po które się wraca coraz to rzadziej, bo życie toczy się wszędzie tylko nie tam. Jak to jest, że pewnego dnia tamten dom, pozostanie tylko wspomnieniem z żalem niepowycieranych kurzy, niezamkniętych drzwi, niedokończonych spraw.

A tymczasem wracam do mojego domu, tutaj gdzie na ścianie ona w czarnych ramkach, gdzie on tłumaczy jej zaciekle, że ma zakładać swoje buty nie jego, gdzie obiad czeka na zrobienie i muzyka w głośnikach wciąż za głośna. Tutaj jest wszystko po mojemu, szuflady pootwierane, na podłodze suchy groszek i makaron, kawałek guzika, szczotka do włosów. Na szybach odciski tłustej dłoni, ślad stopy na dywanie. Tutaj można mi być sobą, nieuczesaną być i smutną bez powodu.

Siadamy przy stole, nakładam obiad na trzy talerze i mówię do tej mojej:
- masz Sara, jedz ładnie!
- to nie mash, to ziemniaki- poprawia mnie Paul przekornie.

Taki dom, w którym rozumiemy się w każdym języku, przekręcamy słowa, kpimy z wyrazów, płaczemy bez powodu, krzyczymy w złości, mówimy do siebie szeptem, wybaczamy po stokroć.