podróż po jeden uśmiech


Jedziemy do Polski. Od tego wiatru, którego mam po końce włosów, który szumi mi w uszach, przewraca życie do góry nogami. Od codziennej rutyny, od obowiązków, od bycia zawsze na czas i pod telefonem. Chciałabym napisać, że jadę do domu, ale już ani meldunku, ani siebie sprzed lat tam nie znajdę. Więc lecimy do ludzi, którzy się doczekać nie mogą. Po uśmiech.

Pakujemy torby i mówię do tej mojej dla kogo wieziemy te wszystkie pudła i paczki, a ta krzywi buzię i poprawia mnie słusznie: Sara, Sara! Więc dla niej też coś pakuję, aby nie czuła się pominięta. Pytam jej co jeszcze mamy zapakować, a ta ciągnie za sobą największą maskotkę, jaką mamy w domu, buty Paula i widelec znaleziony pod sofą.

Jak zwykle torby za małe, kilogramy zbyt ciężkie, lista rzeczy, które muszę spakować wciąż rośnie. Bilety wydrukowane, paszporty schowane, jeszcze tylko szczotka, krople do oczu i paczka chusteczek. Jeszcze tylko usiąść na krzesle przed wyjściem z domu.

A za oknem chmury czarne, pewnie będzie padać, deszcz zmusi nas do pośpiechu.
Taka to podróź, po jeden uśmiech.




old fart


SCENA PIERWSZA:
- Juice, mamo juice!- krzyczy do mnie ta moja. Podaję jej więc butelkę, a ta zaczyna sie naprężać miną siłacza, kręci gwintem, więc mówię do niej, że otwarte. Wypija łyka i chodzi po domu dumna, że nauczyła się nowego słowa.
- Otwarte, otfarte, oldfarte- powstarza do znudzenia, pokazując Paulowi soczek.
- I am not an old fart- odpowiada jej Paul udając obrażonego.

KURTYNA

na trawie


Wiosna u nas całego, łapiemy słońce, biedronki w pudełka po zapałkach. Zdejmujemy z siebie grube swetry, kilogramy tłuszczu, ciężar zinnych stóp, przez które nawet w ciepłe noce nie umiem zasnąć. Bardzo czekałam na trawę, na jej zapach po skoszeniu, na jej chłód w upały. Tak poleżeć po prostu, z główą przy ziemi i pozwolić wszystkiemu toczyć się własnym tempem. Nie przyspieszać na siłę terminów spotkań, nie spóźniać się z dotrzymywaniem obetnic, wytrwać w postanowieniach. 

Siedzimy na tej trawie do rana do wieczora, jemy na niej obiad, kolację, rozwiązujemy na niej problemy dnia codziennego, śmiejemy się z siebie, kłócimy i godziny, tupiemy w nią w złości, walczymy o losy świata, przekopując coraz to nowe dziury i doły. Ta moja co trochę przybiega z brudna ręką, aby wytrzeć, z kolejnym siniakiem, aby pocałować, z kolejnym zachwytem by zarazić mnie nim. 

Mamy ten kawałek trawy za oknem, ten kawałek ziemi na świecie.
Wystarczy.






wielkanoc


Od święta do święta płyną nam dni, od jednego stołu do drugiego zasiadamy. Wstałyśmy jak wczoraj, ugotowałam jaja, ta moja uparła się, że ona też będzie farbować. Mogłam się od razu domyśleć, że chodziło jej o wszystko inne niż jajka. Ale dałyśmy radę na czas rozmrozić polską szynkę od dziadka, pofarbować wszystkie jajka i ręce, włożyć do pralki kolorowe ciuchy i ścierki. Tylko okna zostały nieumyte.

A potem szła taka dumna do kościoła ze swoim żółtym filcowym koszykiem, przypominając mi co chwilę, że to nie koszyk tylko abbit, czyli rabbit. Za rękę, ciągnąc mnie za sobą jakbyśmy miały się spóźnić.

Życzę sobie na te święta więcej nocy przespanych, dni dłuższych, mniej obowiązków i tych samych ludzi obok co zawsze, bez wyjątku.

A Wam, którzy tu zaglądacie od czasu do czasu, przypadkiem i zawsze życzę spokoju i ludzkiego szczęścia! Wszystkiego dobrego kochani!




porcelana


Nie łatwo mnie rozbić na części pierwsze, przeczytać mnie od deski do deski. Unikam definitywnych rozstań, palenia mostów za sobą. Boli mnie życie czasem i dziś już wiem, że mam prawo być zła i płakać. Ja sama często siebie nie rozumiem, więc czemu ty, mój przyjacielu chciałbyś znać powody mych wzruszeń. Zdarza mi się zmieniać front i zdanie, wybaczam zawsze zbyt wiele, wchodzę w coś zawsze całą sobą. Żałuję.

Ostatnio uczę się być bez. Bez telefonu pod ręką, bez pamięci do dat, bez zegarka na czas, bez oglądania się w tył. I coraz mniej mnie, mimo, że więcej dostajesz ode mnie.

Nie łatwo mnie rozbić na kawałków miliony. Nie jestem z porcelany, jak ten pierrot na kominku.

Przynajmniej nie cała.







tam


Jeździmy tam gdy ładna pogoda i deszczu nie widać na horyzoncie. Gdy dzień wolny od pracy, święto lub bez okazji, tak po prostu jak sie odwiedza babcię i dziadka. Pakujemy torbę, ubrania na zmianę, zabawki, aparat, butelkę i w drogę. Ta moja przesypia całą podróż, dojeżdżamy po godzinie na miejsce, wyciagam ją zaspaną z auta, wnoszę do domu gdzie pachnie bekonem i pieczonymi bułkami. Ona spogląda na nich ze strachem, aby po chwili wskoczyć im w ramiona. Woła nanny i biegnie do kuchni, siada pod szafkę z zabawkami i wyciaga wszystko na ziemię. Jak w domu.

A ja co? Odpoczywam od obowiązków, siedzę na sofie, oglądam telewizję, chodzę po ogrodzie, zakupy w pojedynkę robię, nie myślę o problemach i zmęczeniu. No raj. 

Ona daje im drugą młodość, powód do dumy przed sąsiadką, przypomina o radościach z małych rzeczy, o zachwycie nad chwilą, biedronką na palcu. Ona każe im być aktywnym, biegać za nią, wspinać się na schody, zjeżdżalnię. Rzucać piłkę pod nogi i w ręce chwytać. Wygłupiają się przed nią, aby tylko ją rozśmieszyć, dogodzić, aby te zęby w uśmiechu zobaczyć. Ona każe im żyć.

A ja co? Dzielę tę miłość, bo wiem, że wróci pomnożona.